Recenzja Adrenaline – Maciej Kobus

Po ośmiu latach gry zgraja z Sacramento postanowiła wydać swój pierwszy album, w całości nagrany w Bad Animals Studio (Seattle). Powstał dzięki współpracy z Terry’m Date’m. Adrenaline zostało wydane 3 Października 1995 przez wytwórnię fonograficzną Maverick Records. Jak powiedział sam Chino (frontman grupy) materiał nagrywali w bardzo szybkim tempie (Lipiec-Sierpień 1995 roku). Jednakże wszystkie kawałki były już wcześniej napisane i grane. Płyta nie odniosła większego rozgłosu na listach przebojów, zajęła jedynie 23 miejsce na „Heatseekers” ukazującej się w magazynie Billboard.
Recenzję zacznijmy od wyglądu płyty i pudełka. Na całym świecie sprzedawano jedno wydanie tego albumu. Opakowanie jest bardzo standardowe, z białym plastykiem (który dobrze komponuje się z okładką). Cover płyty jest do bólu prosty – w zasadzie składa się jedynie z 3 elementów. Niemalże całą powierzchnię zajmuje… „gruszka” służąca do wydobywania śluzu u niemowląt. Oprócz tego przedmiotu, na okładce widzimy dwa napisy – „deftones” i „adrenaline”. Tył zaś to zdjęcie Chino (ze sceny do klipu 7 Words), aby nadać efektu całości zmieniono kolorystykę. Oprócz tego mamy spis track’ów (z pominięciem kawałka „Fist”) oraz informacje wydawnicze i copyright.
Sam nadruk na płycie jest nieskomplikowany– przedstawia coś w rodzaju białego puchu na niebieskim tle. Może to się kojarzyć niejako z niebem i chmurami. Pozostawiam to innym do interpretacji.
W pudełku nie zabrakło oczywiście tekstów. Jak w większości wydań są one zespolone z okładką. Dziwi mnie fakt, że nie ma tam wszystkich lyrics’ów. Ponadto znajdujemy kilka fotek kapeli. Na uwagę zasługują także pozdrowienia i podziękowania od każdego członka zespołu. Generalnie wyróżnione zostają tam osoby bliskie i odpowiedzialne za produkcję albumu. Moją uwagę przykuł także tekst, który jest zapisem przemyśleń jednego ze członków (domyślam się, że wokalisty). Ów słowa są niezwykle dziwne, mówią między innymi o wyjściu z ukrycia, przerażeniu z powodu braku uśmiechu, zadowoleniu innych kiedy człowiek popełni pomyłkę. Spodobało mi się zdanie „All I want is what I will never have” (Wszystko co chcę jest tym czego nigdy nie będę miał). Myślę, że trzeba pobawić się w interpretację tekstów zawartych na płycie, aby zrozumieć co miał na myśli autor.

Dobra możemy przejść do samych utworów. Jak już wspomniałem – na okładce pojawia się tylko 10 piosenek, na płycie ukazał się także dodatkowy, ukryty kawałek.
1. Bored – Przyznam szczerze, że jest to mój ulubiony utwór w całym dorobku kapeli. Trwa 4:06 minuty, czyli nie należy do najkrótszych – jest średni, powiedziałbym, że długościowo idealny. Zacznijmy od samego brzmienia – dla mnie najbardziej klimatyczne zestawienie perkusji, basu i gitary elektrycznej. Wszystko wyszło bardzo surowo i interesująco. Riff’y są bardzo proste, dodatkowo podkreślane przez „garnki” Abe’a. Gitara basowa jest słyszalna w pewnym fragmencie piosenki kiedy gra wraz z perkusją. Chwilowo spowalnia to tempo utworu, ale tylko złudnie. Za chwilę Bored dostaje potężnego „kopa” sygnalizowanego słowami „I get bored”. Skupmy się teraz na liryce. Tekst jest krótki, chociaż nie znika w długości całej piosenki. Udało się to osiągnąć poprzez mieszane tempo, o którym już wspomniałem. W Internecie pojawiło się mnóstwo interpretacji fanów. Możemy wybierać spośród takich motywów jak: uzależnienie od narkotyków, alkoholu czy onanizacji (ten ostatni temat jakoś dziwnie krąży nad Deftonesami). Do mnie najbardziej przemawia wersja o drug’ach. Płyta powstawała w latach 90’ kiedy narkotyki były czymś powszechnym na squatach, weźmy jeszcze pod uwagę klimat w jakim przebywali członkowie zespołu.
2. Minus Blindfold – Przez pierwsze 37 sekund wita nas intro: gitara elektryczna, bas, perkusja i efekty dźwiękowe. Przyznam szczerze, że początkowo utwór do mnie nie przemawia, intro tak jakby nie trafia w mój słuch, ale człowiek nie żyje wyłącznie 37-ma sekundami utworu więc… „Play” i słuchamy dalej. Chino rozpoczyna swoją partię od kwestii mówionej (oczywiście świetnie komponującej się do gry instrumentów). W tym momencie zdradzę mały sekret tej piosenki – w 55 sekundzie w tekście pojawiają się słowa „fifty-five”. Właściwie dwie pierwsze zwrotki są dość spokojne (choć kilkakrotnie pojawia się wrzaśnięcie). Potem dostajemy breakdown, zmianę melodii graną przez gitarę i agresywny wokal. Kolejna zwrotka – jest spokojnie, a za chwilę dynamiczny refren. Widać tutaj pewną prawidłowość jaka panuje w utworze. Moim zdaniem to dość fajny pomysł, utworu przyjemnie się słucha. Zwłaszcza, że wrzaski nie są rażące dla naszego słuchu, wręcz przeciwnie – słucha się ich dość przyjemnie.
3. One Weak – Od początku utworu słyszymy 12 taktów granych przez sam bas, potem dołącza Stephen ze swoim elektrykiem. Po chwili wspólnego grania dołącza Chino i Abe. Wokalista przekonuje nas, że potrafi śpiewać dość wolne utwory (a wolne nie znaczy wcale łatwe). Kiedy następuje refren gitara zagrywa agresywnie, a Moreno pokazuje pazur – jego wokal w tym momencie jest fenomenalne. Piękna modulacja głosu połączona z wykrzyknieniami. Wydawałoby się, że to mieszanka wybuchowa – to styl Deftones’ów. Liryka One Weak sugeruje wątek religijny, mówi o tym wiele wersów: „Misunderstood – because he wanted to meet Christ alone” czy choćby „Never will I burn, will I burn, will I burn, will I burn” (co możemy sobie wytłumaczyć choćby obecnością piekła w wierze katolickiej).
4. Nosebleed – Noseleed… Wydaje mi się, że to dość znany utwór w dorobku Deftones. Chłopaki z Sacto często odgrywają go na swoich koncertach. Jest przeładowany agresją – instrumentalnie, wokalnie i lirycznie. Zacznijmy od brzmienia. Stephen odgrywa wiele „ostrych” (to moje odczucie) dźwięków. Bas słychać nieznacznie, daje osobie znać dopiero podczas breakdown’u (zmiana tempa i melodii – przyp. Maciek). Do perkusji mam nieco mieszane uczucia – moim zdaniem nieco ucieka w tym utworze, jej gra nie jest jakoś specjalnie słyszalna. Wokal jest przepełniony agresją, jak wiele utworów na Adrenaline. Śpiew jest dynamiczny, pojawia się duża ilość krzyków. Jak już na Deftones przystało nastąpi zmiana tempa, kiedy Chino będzie nadawał charakteru Nosebleed swoim wolnym, czystym śpiewem. Sama liryka też wpasowuje się w klimat kawałka (albo cała reszta do lyrics’ów ;). Wyraźnie rzuci nam się w uszy wiele przekleństw – fuck, fuck, fuck…
5. Lifter – Może zacznę słowami: „kolejny agresywny, mocny i dynamiczny kawałek”. Nie chcę nikogo nudzić, ale Lifter niewątpliwie bije energią. Instrumentalnie jest całkiem na miejscu – słyszymy gitarę, bas, perkusję – żaden z członków kapeli nie spał podczas nagrywania w studio. Moją uwagę przykuwa jednak tekst tej piosenki. „Kiss me goodbye – Whore” Hmm… Gentleman tego nie napisał. Jeżeli ten utwór miał zawierać przesłanie to jakaś kobieta musiała nieźle wkurzyć China.
6. Root – Na zrecenzowanie tego kawałka czekałem z niecierpliwością ;) Przyznam się, że jestem zakochany w brzmieniu Root’a. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że instrumentalnie to najładniejszy utwór na płycie. Bardzo przypadło mi do gustu samo intro, dla mnie jest rewelacyjne. Nie wiem czy jest to spowodowane błędem czy miksowaniu czy może efekt był zamierzony, ale sam początek jest grany tylko na lewym kanale (czyli w prawym głośniku „słychać ciszę”). Stephen gra praktycznie cały czas, momentami jest chwilowy występ solowy Cheng’a. Tutaj znowu mam wrażenie jakby gdzieś praca Cunningham’a uciekała, perkusja jest ale stanowczo za cicho. W Root mamy dość spokojne zwrotki, ale tylko po to, aby wokalnie i instrumentalnie dać upust emocjom podczas refrenów. Utwór ma wspaniały klimat. Można powiedzieć, że słuchając go czuje się adrenalinę. Kawałek niewątpliwie nadaje charakter albumowi. Wręcz nie da się przejść wobec niego obojętnie.
7. 7 Words – Fuck, fuck, fuck! Jeżeli się nie mylę to Chino powiedział kiedyś iż Siedem Słów było pierwszym utworem jaki napisał. Przelał w nim wszystkie frustracje i nienawiść. Jak sam mówił – kiedy był nastolatkiem często napotykał na wrogość ze względu na jego pochodzenie, przekonania itp. Jak nietrudno się domyślić – jest agresywnie, powiem szczerze, że ten utwór jest najmocniejszy na całej płycie. Refren to właściwie wałkowanie jednego słowa „fuck”. I tutaj istotna informacja – oficjalnie w refrenie słyszmy „suck”, ale na samych koncertach (oraz oryginalnie) pojawia się tam słowo „fuck”. Co z brzmieniem? Nadaje charakter wrzaskom China. Krzyk przed refrenem jest świetnie potęgowany poprzez ostre katowanie strun w ESP’ku Carpentera. Jeszcze warto dodać, że 7 Words jest bardziej kojarzony z gatunkiem rapcore (połączenie rapu z ostrym graniem instrumentów) niżeli alternatywnym metalem (jak większość utworów na krążku).
8. Birthmark – Z całą stanowczością mogę powiedzieć i zrobię to, pomimo że to wstęp do opisu tego kawałka – słychać perkusję! I słychać ją naprawdę, wreszcie rzuca się w ucho! W wielu innych kawałkach gdzieś znikała, tutaj czuje się jej obecność za co ogromy plus dla Birthmark’a. Rozpoczyna się instrumentalnym intrem, później dochodzi wolny, spokojny wokal. Za chwilę usłyszymy mocniejsze uderzenie gitary i dłuższy krzyk China, dalej jest też dość harmonijnie. Właściwie każda zwrotka jest kończona wrzaśnięciem. W outro przychodzi zmiana melodii i trochę porządnego scream’u. Utwór kończy się spokojnie. Generalnie muszę przyznać, że ten kawałek do mnie nie przemawia – nie wybija się ponad inne. Ale jak we wszystkim – coś musi być dość standardowe, a coś wybitne. Tak jest w przypadku Birthmatk, zaliczę je raczej do piosenek słabszych z Adrenaline.
9. Engine No. 9 – Wita nas intro, co jest rzeczą naturalną. Tłumiony dźwięk gitary i trochę bardziej mówionego wokalu, wrzask i potem mamy śpiew. Utwór zawsze kojarzy mi się z 7 Words. Bije z niego podobna fala nienawiści :) Chłopaki grają ostro, wychodzi im to perfekcyjnie. Chino po raz kolejny nie stroni od przekleństw i krzyków. Oczywiście to jest Adrenaline i Engine No. 9 ma współtworzyć klimat albumu.
10. Fireal – To już (oficjalnie) ostatni kawałek na płycie. Jak zdążyliśmy się przyzwyczaić początek w miarę spokojny, potem dwie zwrotki to właściwie same wrzaski. Do mniej więcej 3 minuty przyznam, że utwór mnie nudzi. Dalej jest niesamowity breakdown. Zmiana tempa na niezwykle wolne, instrumenty grają inaczej. Chino udowadnia, że potrafi ładnie śpiewać – w Fireal ma taką okazję. Z jego głosu bije melodyjność za co go szanuję (potrafi krzyczeć, a za chwilę genialnie śpiewać). Liryka mnie wręcz zachwyca. Skupmy się na tej spokojniejszej części utworu. „I want to be much then more… while I watch you” – bezsprzecznie Chino wkłada w ten tekst wiele emocji. Nie wydaje mi się, że jest to zwykłe zagranie marketingowe. Moim zdaniem ubiera w słowa to co go w tej chwili trapi – chciał zaśpiewać o miłości? Nagrał z Deftones utwór Fireal.
11. Fist – Ta piosenka nie została oficjalnie zamieszczona na soundtracku, nawet nie ma jej tekstu w okładce od albumu. Fist powstało we współpracy z Ross’em Robinson’em. Instrumentalnie przeplata się tu bardzo spokojne granie z gwałtownym uderzeniem gitary, perkusji i basu. Gdzieś od połowy usłyszymy specyficzny wokal, brzmi trochę jak jęczenie, ale sprawia że Fist jest CHOLERNIE klimatyczne. Jest to jeden z moich ulubionych kawałków na płycie.

Uff… Udało się przebrnąć przez album Adrenaline. Wkradło się dość dużo prywaty, moich prywatnych spostrzeżeń ale podejrzewam, że wielu słuchaczy podobnie oceni ten album. Cóż dodać na koniec? Adrenaline to mój ulubiony album, lubię mocne granie więc w 100% pokrywa się z moim gustem muzycznym.

Maciej `xGetBoredx` Kobus

Podziel się!