Recenzja Around The Fur – Hubert Rogalski

Hey you, big star, tell me when it’s over…

Niewdzięczna jest rola recenzenta. Osoba taka zazwyczaj ma dobre intencje – chce przekazać informacje na temat opisywanego przedmiotu recenzji, oraz przy okazji wyrazić swoje zdanie na dany temat. Reakcja czytelnika będzie zależała od tego w jakim stopniu jego zdanie pokrywa się z opinią recenzenta. Jedna osoba stwierdzi, że autor napisał świetny tekst, rzetelny i obiektywny. Oczywiście kimś takim będzie człowiek, którego pogląd pokrywa się z poglądem recenzenta. Druga osoba z kolei uzna, że recenzja jest ‚do chrzanu’, ‚schrzaniona’, a sam autor to ‚głupi głupek’, łagodnie mówiąc. Zastanówmy się, dlaczego ten tetryk jest tak wulgarny i niemiły w stosunku do czyjejś pracy? Ano dlatego, gdyż ma odmienne zdanie niż osoba, która stała się obiektem jego brutalnego, słownego ataku. Jaki z tego wniosek? Bardzo prosty – czytając wstęp do recenzji trzeba mieć na uwadze to, że nie zawsze musi mieć nawiązanie do głównego wątku. O jakimkolwiek sensie już nie wspominając.

Odłóżmy jednak kwestię związaną z obiektywizmem i subiektywizmem na bok. Upomnijmy również tego pana, co tak naiwnie zadaje pytanie w nagłówku – nie pytaj kiedy będzie koniec, tylko skup się na futerku! Otocz je wokół siebie, poczuj je na sobie, a zapewniam, że te jedenaście dźwięków, które usłyszysz w przeciągu najbliższych kilkudziesięciu minut pobytu wśród tych przytulnych kłaczków, będzie muzycznym, soczystym, rozpływającym się w ustach kopniakiem. Albo i nie. Prawda, że proste? To tak, jak brak słońca w moim własnym lecie. Mhm, zaczynajmy.

It’s so simple to overlook every little thing I do right…

Panie Moreno, to był pan? Przepraszam najmocniej, myślałem, że osoba z pierwszego nagłówka to jakiś ignorant, co na samym początku pyta kiedy się płyta zakończy. Któż by pomyślał, że to pan, Chino Moreno we własnej osobie… Ale drugi nagłówek sprytnie rozpoznałem po charakterze pisma! Jednocześnie zapewniam, że ja nie przeoczę żadnej rzeczy którą pan wykonał dobrze, a na Around The Fur dał pan świetny popis, oj dał.

Specyficzny wokalista z tego Moreno. Jedni jego głos kochają, drudzy budzą się w środku nocy z przerażeniem, gdyż przyśnił im się któryś z teledysków Deftones wraz z jęczącym wniebogłosy wokalistą. Sam fakt, że dźwięki wydobywane z gardła Chino wywołują emocje i dyskusję wśród ludzi jest godny odnotowania, nieważne czy są to opinie skrajnie dobre czy złe, najważniejsze, że nie pozostaje to obojętne. No bo jak można przejść obojętnie obok tych niesamowitych wrzasków z My Own Summer, Lotion, czy też z utworu tytułowego omawianej płyty. A te spokojne uwodzenie głosem z takich kawałków jak Mascara czy Mx? Słychać szczerość na kilometr. Oczywiście nie zapominajmy o tym nieziemskim przeciąganiu słów w Be Quiet And Drive, zabieg wybitnie udany, gdyż przymykając oczy i słuchając tej piosenki mamy autentyczne wrażenie, że właśnie wyjeżdżamy gdzieś z dala od tych wszystkich dręczących nas problemów wraz z jedyną słuszną osobą u swego boku; niesamowita, przepełniona emocjami pieśń. Chino potrafi świetnie głosem zbudować klimat pod muzykę i tekst tak, abyśmy czuli, że piosenka stanowi zamkniętą, złożoną całość, a nie jakiś przypadkowy wynik przypadkowej sesji w studiu, do której szybko na kolanie został dopisany tekst. A właśnie, teksty. Świetnie pasują do energii albumu – drapieżne, często bezkompromisowe i jednocześnie stanowiące ciężki orzech do zgryzienia, szanowny pan Moreno lubuje się we wszelakich metaforach. Oczywiście czyni to z odpowiednim umiarem. Również nie uświadczymy tutaj żadnych moralizatorskich przesłań. Chino śpiewa to co czuje, a nie to co myśli i to jest jego największą zaletą.

Who the fuck are you, anyways you fuck…

Co pan wyczynia, panie Moreno! Przed chwilą pochwaliłem pana teksty, a teraz takie prostactwo? Hmmm, słucham? Ach, faktycznie, napisałem wcześniej „świetnie pasują do energii albumu”. Przepraszam, krótką mam ostatnio pamięć, po prostu ta energia Around The Fur była tak duża, że spowodowała poważne ubytki w mojej głowie…

Po ‚butelkowo-garnkowym’ brzmieniu Adrenaline na Around The Fur nie ma śladu, co sprawiło, że album brzmi mocniej i bardziej przestrzennie. Riffy gitarowe mimo, że wirtuozerią nie imponują, to są naprawdę ciekawe i zrealizowane z konkretnym przytupem, solidnie kopiące cztery litery . Główne gitarowe motywy z Be Quiet And Drive, Dai The Flu, czy też z Headup wpadną nam w ucho momentalnie. Cała sekcja rytmiczna spisuje się wzorowo, tworząc niepowtarzalny klimat i, co najważniejsze, nie mamy wrażenia, jakoby któryś motyw był już przez nas gdzieś usłyszany, czy też, że jakiś kawałek nie pasuje do reszty. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik i, że tak absurdalnie powiem, całość stanowi całość, od pierwszej do ostatniej sekundy. Z ręką na sercu trzeba przyznać, iż Deftones jest jednym z nielicznych zespołów, które potrafią tak niesamowicie dopasować piosenki do ogólnego zarysu albumu i jego brzmienia. Niby banał, ale nie udaje się to nawet tym, co babrają się w płytach koncepcyjnych. Szacuneczek.

Walk in to this world, with your head up high…

Przepraszam pana, panie Moreno, że zapytam i za moją ignorancję, ale odnoszę wrażenie, być może mylne, że słyszę dwa głosy. To nie zdarza się często, więc wykluczam problemy na tle psychicznym, usłyszałem je przed chwilą w momencie pojawienia się słów z nagłówka numer cztery. Może mi pan jakoś pomóc i to wyjaśnić? Że co…? O mój Boże! Bardzo przepraszam, jak mogłem zapomnieć. Tak, tak, teraz już wiem, że ten drugi głos należy do Maxa Cavalery. Poznałem po charakterze pisma…

Osobny wątek należy się dziewiątemu z kolei utworowi na Around The Fur. W Headup, bo takoż się ten kawałek nazywa, swojego ognistego gardła użyczył znany każdemu Max Cavalera. Kolaboracja wokalna Chino i Maxa wypadła niczym wybuchający wulkan, który to przygotowywał się do erupcji przez wcześniejsze osiem piosenek. Doprawdy, iście wybuchowa mieszanka, ale tego się można było spodziewać, wszak Deftones byle kogo do współpracy przy albumach nie zaprasza. Szkoda tylko, że ten świetny interlude, który następuje po upływie trzech i pół minuty Headup, zwiastuje zbliżający się nieubłaganie koniec pobytu wokół futra.

Stand still while you look right back at me…

Muszę niestety pana pożegnać, naprawdę wspaniale się gawędziło. Proszę pozdrowić chłopaków z zespołu i przekazać im, że razem z panem stworzyli najlepszy moim zdaniem album Deftones. Zawiesiliście poprzeczkę wysoko, od tej pory możecie patrzeć na muzykę z góry, z dumą… I to nie tylko na waszą.

Dobiega końca wrzask Chino, instrumenty stają się coraz bardziej stłumione, a do kresu płyty zostały już dosłownie sekundy. Wraz z ostatnimi dźwiękami ukrytego utworu Damone, nadchodzi zamknięcie jakiegoś rozdziału w twórczości Deftones. Zresztą, każdy nowy album rozpoczyna i jednocześnie kończy pewien rozdział, zespół z Sacramento nie ma w zwyczaju wchodzić dwa razy do tej samej rzeki i chwała im za to. Around The Fur ma już na karku 11 lat, całkiem spory okres w muzyce, jednak nawet w najmniejszym stopniu nie spowodowało to utraty świeżości brzmienia. Z głośników czuć serce wkładane w tworzenie muzyki, głos Chino jest nasycony emocjami i złością, a instrumenty zabójczo pędzą ku końcowi piosenki, aby za chwilę na nowo uderzyć z jeszcze większą werwą. Czy to jest „opus magnum” Deftones? Moim zdaniem zdecydowanie tak. Nie mogę odszukać jakiejkolwiek wady, może zaślepia mnie subiektywizm, ale po prostu nie jestem w stanie. Może po prostu napiszę ordynarne słowa „album jest za krótki!”. Chociaż trudno sobie z drugiej strony wyobrazić jakąkolwiek piosenkę więcej, wszystko jest idealnie wyważone. Naprawdę, wszystko. Chino, skubańcu, opanowałeś mnie.

…now drive me far!

Hubert Rogalski.

Podziel się!