Recenzja Saturday Night Wrist – Hubert Rogalski

W historii muzyki można odnaleźć mnóstwo przykładów konfliktów w zespołach. Różnica zdań spowodowała upadek nie jednej grupy, a w najlepszym przypadku kończyło się to lekką korektą w składzie. Czasem jednak spór tworzy dodatkową otoczkę i świadczy o wyjątkowości tworzonej muzyki przez daną kapelę, czego najlepszą egzemplifikacją jest chociażby Pink Floyd. Wielkie indywidualności skłócone ze sobą i jednocześnie konstruujące nieprawdopodobne, ponadczasowe brzmienia. Wprawdzie Deftones muzycznych dziejów nie zmienili, również ich konflikt nie był tak mocno zakorzeniony jak w przypadku Pink Floyd, ale widmo nieporozumień nie ominęło grupy z Sacramento, a złożyło się to na proces twórczy ich piątego, studyjnego albumu okraszonego świetnym tytułem „Saturday Night Wrist”.

Jeżeli porównać Adrenaline do Saturday Night Wrist, czyli pierwszą i, póki co, ostatnią płytę Deftones, to można by się nabawić sporego bólu głowy od poszukiwania podobieństw pomiędzy tymi dwoma krążkami. Jednak dla osób, które płynnie poznają kolejne pozycje w ich twórczości, brzmienie Saturday Night Wrist nie będzie wielkim zaskoczeniem. Deftones ciągle ewoluowali, jednocześnie cały czas zachowując swój własny, unikalny i wypracowany styl gry, przez co w większe osłupienie wprawiłby fakt, że na Saturday Night Wrist wrócili do ‚brudnych’ korzeni z Adrenaline, niż to, iż po prostu nagrali kolejną, odmienną płytę od poprzednich. Oczywiście nie trzeba być spostrzegawczym, że stała się ta druga możliwość, z czego po przesłuchaniu albumu można być umiarkowanie zadowolonym.

Przede wszystkim, słyszalna jest zmiana ogólnego nastroju. Wciąż jest przestrzennie, ale nie sposób nie zauważyć większej melancholii, smutku, przygnębienia i niejako bezsilności i to jest główna zmiana jaka zaszła w porównaniu do poprzednich płyt. Całość rozpoczyna „Hole In The Earth”, utwór, który lirycznie pokazuje nam, że Deftones był na skraju rozpadu. Świetna praca gitary z wgniatającą końcówką, przy emocjonalnym wokalu Chino Moreno, lepszego ‚otwieracza’ nie można było sobie wymarzyć. Zespół początkowo nie daje słuchaczom wytchnienia, druga z kolei piosenka, „Rapture”, pędzi jak oszalała od pierwszej do ostatniej sekundy. Mocarne riffy, wgniatająca perkusja i ponownie Chino z przytłaczającym wrzaskiem – to wszystko robi za pierwszym przesłuchaniem ogromne wrażenie. Trzecia pozycja to „Beware”, najdłuższy kawałek na płycie i jednocześnie mój osobisty faworyt. Nieco ospały klimat, przepełniony bólem, który momentalnie potrafi nas rozbudzić, tworzy wspaniałą atmosferę. Po upływie ponad czterech i pół minuty, wraca patent zastosowany w schyłku „Hole In The Earth”. Masywna gitara budzi iście metalowe skojarzenia, bez odrobiny przesady i oczywiście mając cały czas na myśli muzykę. „Cherry Waves” to czas na chwilę wyluzowania – dosyć statyczna praca instrumentów przy ciągłym zachowaniu melancholii i melodii. Wyróżnia się perkusja, która momentami świetnie przyspiesza utwór i dodaje mocniejszego charakteru podczas mostka. Dalej mamy „Mein”, kandydat na największy niewypał płyty. Kolaboracja z Serj Tankian’em nie wypadła najlepiej, jest po prostu bezbarwnie, nie ma elementu zaskoczenia. Również smutna atmosfera, do której powoli się można było przyzwyczaić, jest jakby nieobecna. Serj nie ma szczęścia do współpracy z innymi artystami, a szkoda. „U,U,D,D,L,R,L,R,A,B,Select,Start” to kolejna, szósta pozycja na trackliście. Oryginalny tytuł idzie w parze z oryginalną konstrukcją, wszak utwór instrumentalny to nowość w twórczości Deftones i trzeba przyznać, że wypadło znakomicie. Prawdziwa perełka, wzorowa sekcja rytmiczna i oczywiście klimat, który powrócił z podwojoną siłą. W „Xerces” wokal już się pojawia i trudno wyobrazić sobie ten kawałek bez udziału Chino. Końcowe słowa „I’ll be waving, Goodbye” przyprawiają o dreszcze i powodują ciarki na plecach. Piękny, spokojny utwór. Jego zupełnym przeciwieństwem jest „Rats!Rats!Rats!”, tutaj mamy powrót do energii z „Rapture”. Jednak o ile w tym drugim głos Chino brzmiał świetnie, to w „Szczurach” na dłuższą metę irytuje, w końcu ileż można ‚decydować’. Całość ratuje wzorowa i drapieżna gra perkusji, co nie jest żadnym zaskoczeniem na Saturday Night Wrist. „Pink Cellphone” to trip-hopowa wariacja, która swoje miejsce znajdowała również na dwóch poprzednich krążkach Deftones. Raczej trzeba traktować to jako ciekawostkę, ciekawy, minimalistyczny utwór z gościnnym udziałem Annie Hardy, która to wygłasza pod koniec nietuzinkowy i niepotrzebny monolog. Może kogoś to rozśmieszy, pewnie jest, że napewno nie Brytyjczyków. Psychodeliczny, trwający ponad minutę wstęp do „Combat” przeistacza się w melodyjną zagrywkę, po czym następuje wybuch instrumentów przy którym aż nogi rwą się do podskoków. Melodia wymieszana z energią towarzyszy nam już do końca i powoduję lekko nu-metalowe skojarzenia. „Kimdracula” do mój drugi osobisty faworyt na tej płycie. Przepyszny riff i lekkie zmiany tempa to główne zalety tego utworu, do tego trzeba dodać bardzo dobry tekst i spełniający swoją rolę, ale bez rewelacji, wokal Chino. Saturday Night Wrist wieńczy „Riviere”, wolno rozwijająca się piosenka, spokojna i stonowana, która nieoczekiwanie daje upust zbierającej się w niej mocy. Koniec. To już niestety koniec.

Melancholijno-mroczny klimat płyty jest bez wątpienia największą zaletą omawianej pozycji. Pozycji, która w dorobku Deftones pełni rolę najbardziej stonowanej, jednocześnie najmniej przyswajalną dla ‚szarego’ słuchacza. Również ‚old schoolowi’ fani zespołu mogą być zawiedzeni, wszak dwa najcięższe utwory z krążka nijak mają się do brzmienia starych, mocnych kawałków z Adrenaline i Around The Fur. Głos Chino także przeszedł metamorfozę, jakby mniej mocarny, a bardziej szaleńczy. Nawet w spokojnych miejscach Saturday Night Wrist, które stanowią niepodważalną większość całości, jest to słyszalne. Czy to dobrze – oceńcie sami, ja osobiście nie mam nic przeciwko temu, jedynie podczas „Rats!Rats!Rats!” dopadły mnie chwile irytacji. W gruncie rzeczy trudno doszukać się tutaj większych wad, można się jedynie czepiać szczegółów, na przykład średnio udanej kolaboracji z Serj Tankian’em, zdecydowanie niepotrzebnie wydłużonej „Pink Cellphone”, czy momentami nie najlepszym operowaniem głosu przez Chino. To są detale, które nie mają większego wpływu na atmosferę otaczającą muzykę, ale fakt, że się pojawiają trzeba odnotować. Trudno oczekiwać od kapeli ciągłego tworzenia idealnych dźwięków, jednak poprzez Around The Fur i White Pony, Deftones nieco nas rozpieściło, aż nazbyt. Self-titled, oraz Saturday Night Wrist pokazało, że są tylko ludźmi, którzy stają wobec ludzkich problemów – nieporozumień, kłótni, zwątpienia, rutyny. Mimo to, wciąż tworzą świetne, przepełnione muzyczną miłością albumy i nie zamierzają na tym poprzestawać, ciągle zaskakując nas czymś nowym. Końcowy werdykt? W moim osobistym rankingu, płyta zajmuje chwalebne miejsce tuż za „Futerkiem” i „Białym Kucykiem”, które są absolutnie poza zasięgiem i trudno przypuszczać, że nadchodzący „Eros” coś w tej klasyfikacji namiesza.

Hubert Rogalski.

Podziel się!