Wywiad w magazynie ‚Teraz rock’, marzec 2003

Muzycy takich zespołów, jak Linkin Park i P.O.D., twierdzą, że bez Deftones nie byłoby nu metalu. Po wielkim sukcesie płyty White Pony grupa przypomina się albumem zatytułowanym po prostu Deftones.

Nagraliście smutną płytę, bo – jak twierdzi Chino Moreno, wasz wokalista – w zimowym Seattle, gdzie pracowaliście, człowiek czuje się samotny i zdołowany. Czy i ty tak to wspominasz?

A: Zmagaliśmy się z tym albumem bardzo długo, jakiś rok, a to oznacza, że zmieniały się pory roku i wraz z nimi nastroje. Zaczynaliśmy w Sacramento, kontynuowaliśmy w Seattle, a finiszowaliśmy w Los Angeles. Ale Chino rzeczywiście pisał teksty zimą w Seattle, a zimowe Seattle to niewątpliwie smutne miejsce i jego atmosfera musiała zostawić ślad w piosenkach.

Wasza płyta była jedną z najbardziej wyczekiwanych w ostatnim okresie. Czy świadomość tego ciążyła wam podczas pracy?

A: Nie wiem, może trochę. Wydaje mi się, że tę atmosferę wyczekiwania tworzą i odczuwają przede wszystkim fani. My w studiu myślimy głównie o tym, by być jak najbardziej kreatywnymi i jak najlepiej się bawić. Wiesz, White Pony nagrywaliśmy na luzie – robiliśmy wszystko, na co nam przyszła ochota. A płyta przyniosła nam największy sukces w karierze (w samych Stanach rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy – przyp. ww). Co utwierdziło nas w przekonaniu, że podczas sesji należy kierować się sercem, robić to, co człowiek sam uważa za najlepsze.

Nagrywaliście częściowo we własnym studiu w Sacramento. Ci Cheng powiedział na ten temat: Praca na własnych śmieciach okazała się utrudnieniem, ponieważ byliśmy bardziej nachlani i bardziej nawaleni niż zwykle…

A: Ogromnie chcieliśmy pracować we własnym studiu i na szczęście Terry Date, nasz producent, zgodził się przyjechać do Sacramento. Rzeczywiście, myśleliśmy, że nagrywanie w domu jest łatwe, bo oznacza, że można siedzieć w studiu, ile tylko się chce. Niestety, okazało się, że jest trudniej, niż mogło się wydawać. Chociażby dlatego, że w domowym studiu niełatwo oddzielić się od rodzin i przyjaciół. W takich warunkach trudno skoncentrować się na muzyce. Zaczyna się balangowanie, pojawiają się alkohol i dragi…

W Internecie zapowiadaliście, że płyta będzie nosić tytuł Lovers. Dlaczego nazwaliście ją po prostu Deftones?

A: Podczas pracy nad poprzednimi albumami zwykle mieliśmy tytuł, zanim jeszcze zaczęliśmy nagrywać. Także tym razem już na początku padły jakieś propozycje, w tym Lovers, ale im dłużej siedzieliśmy w studiu, tym bardziej dochodziliśmy do przekonania, że ten tytuł jakoś nie przegryza się z muzyką. A ponieważ nie ulegało wątpliwości, że album naprawdę pokazuje nas takich, jakimi jesteśmy, i po wykoncypowanym White Pony jest powrotem do prawdziwego brzmienia Deftones, zdecydowaliśmy się mianować go wyłącznie nazwą zespołu.

Okładka z czaszką i różami wygląda niemal dokładnie jak okładki klasycznych albumów Grateful Dead…

A: I co w tym złego? (śmiech) Zestawienie czaszki i róż oznacza, że muzyka jest jednocześnie mocna i łagodna, a takie właśnie są nasze płyty – pełne kontrastów.

Na najnowszej widać to zwłaszcza w utworze Hexagram…

A: To jeden z pierwszych kawałków, jakie napisaliśmy. Powstał, zanim tak naprawdę przystąpiliśmy do pracy nad repertuarem. I czuje się w nim radość, że znowu zebraliśmy się razem. Podoba mi się jego rozmach. Ale nie poświęcaliśmy mu zbyt wiele czasu – od razu narodził się w takiej postaci, w jakiej trafił na płytę. W jakimś sensie nadał jej ton.

Są na niej wszakże rzeczy bardzo różne. Chociażby Lucky You, jeden z najbardziej eksperymentalnych kawałków w dorobku Deftones…

Rzeczywiście, to rzecz niecodzienna ze względu na brzmienie oparte na dźwiękach Mooga i automatu perkusyjnego. Skomponowałem ten kawałek razem z DJ Crookiem z myślą o naszym wspólnym projekcie, ale Chino zachwycił się nim i zdecydował o umieszczeniu na płycie Deftones. Zresztą powiem ci, że utwór na wielu osobach zrobił wrażenie. Udało nam się go nawet wcisnąć do drugiej części Matrixa. Ale na płycie jest rzecz jeszcze bardziej eksperymentalna, Anniversary Of An Uninteresting Event – ze względu na sposób nagrania i niesamowite brzmienie ewokujące nastrój zagubienia…

…wróć do wywiady

Podziel się!